<< Strona główna
Księgarnia brydżowa Księgarnia brydżowa Księgarnia brydżowa Poznajmy się BBO
Szukaj

Autor: Jan Strychalski
Artykuł ze Świata Brydża 1/2-2008
Jan Strychalski

Jak wygrywać przy stoliku, czyli bystre oko pana Ferdynanda

 Jest sprawą oczywistą, że umiejętności każdego brydżysty potrafi zmarnować kiepski w pomyślunku partner. Są oczywiście tacy, którzy potrafią walczyć przy brydżowym stoliku z trzema przeciwnikami jednocześnie (czytaj: ten z lewej, ten z prawej i ... osobisty partner na dokładkę), ale do takich asów nie należy z pewnością niejaki pan Ferdek. Ten niewątpliwie ambitny brydżysta wiedział, co prawda, że dobry partner to podstawa sukcesu, tyle tylko, że jakoś nie znalazł się geniusz, potrafiący nadążyć za tokiem myślowym naszego bohatera.

Tak było do czasu, aż wreszcie stało się...

Jak wieść niesie, któregoś wieczoru, podczas gry w kółeczko u znajomych, pan Ferdek poznał wysokiej klasy brydżystkę, o jakiej darmo marzyć zwykłemu śmiertelnikowi. Nie owijając w bawełnę dodam w tym miejscu, że chodzi tu o panią Krysię, czarującą wdowę po aptekarzu, która jako jedyna potrafiła sprostać wysokim wymaganiom stawianym przez pana Ferdka. Zdaniem złośliwych przydatność pani Krystyna, jako partnerki, polegała nie tyle na dobrej grze, co na okazywaniu głośnych zachwytów towarzyszących każdemu zagraniu naszego mistrza, sądzić jednak można, że były to tylko zwykłe plotki, a takie w poważnych publikacjach pomijamy.

Tak na marginesie mówiąc bliższe poznanie z panią Krystyną miało również swoje ciemne strony, jako, że  para ta znalazła się szybko na ustach całego miasta. Nie dziwmy się temu zbytnio ponieważ miejscowe posiadaczki nietypowych beretów, z właściwą sobie czujnością ustaliły, że pan Ferdek sprawił sobie w lumpeksie poniemiecki garnitur, po drugie natarł wypłowiałe wąsy zagranicznym szuwaksem, a po trzecie wreszcie zrzucił kilka zbędnych kilogramów, co zdarza się czynić mężczyznom stanowczo zakochanym, i to na śmierć. Oczywiście zgorszone matrony kipiały również z oburzenia, że świętej pamięci pigularz nie ostygł jeszcze w grobie, a już pani Krystyna uprawia karciarstwo z nowym absztyfikantem – zostawmy to jednak bez komentarza, jako że najważniejszy dla naszego opisu jest fakt, iż krajowemu brydżowi przybyła kolejna, mistrzowskiej klasy para.

Od tego momentu (czytaj: od momentu poznania) zaczął się brydż na serio. Rezolutna pani Krysia wspierana mistrzostwem pana Ferdka wygrała kilka roberków na wieczorkach u cioci, po czym sprowokowana odnoszonymi sukcesami postanowiła namówić swego partnera, do wyjścia z opłotków i zrobienia kariery na miarę międzynarodową.

Nie da się ukryć, że zapowiedź ta rozbawiła do łez liczne grono lokalnych brydżystów, jednak uśmiechy szybko zgasły, gdy wyszło na jaw, iż pan Ferdek pofatygował się przeczytać wymyślony przez kolegę system licytacyjny „Peruwański Trefl”, a mało tego – zapoznał z tym systemem panią Krystynę. Ów znakomity system i wrodzona mądrość obojga partnerów pozwalał na konkretne przypuszczenie, że para ta jest w stanie złamać w pół dowolnej maści przeciwników, tyle że należało to uczynić poprzez przeniesienie siły swej gry na solidnej klasy turnieje brydżowe.

Od słów do czynu, i faktycznie – taka okazja nadarzyła się podczas turnieju Korespondencyjnych Mistrzostw Województwa Pomorskiego (sesja III), na których opisywana przez nas para postanowiła pokazać wszystkim oponentom, gdzie raki zimują.

Niestety, live it’s brutal, bo już od początku turnieju zmanierowani przeciwnicy uparli się zszargać dobre imię pani Krystyny, a także, co jest niedopuszczalne, pana Ferdka. Mówiąc wprost – oponenci grali bez cienia respektu dla naszych bohaterów, zdobywając maksy jak na zawołanie, a na dodatek wyrażając z tego powodu głośno objawiany śmiech i szydercze zadowolenie.

Szczerze powiedziawszy złośliwi przeciwnicy nie musieli się zbytnio o te maksy starać, bo zarówno pan Ferdek, jak i pani Krystyna moczyli ostro przy stole, na szczęście ten pierwszy doszedł do wniosku, że nadszedł czas na zmianę taktyki pozwalającej na udzielenie prawdziwej lekcji brydża opornym przeciwnikom.

- Krycha, sama widzisz że przyszło nam walczyć z nadętymi cwaniakami – określił przeciwników pan Ferdek – na szczęście jest na nich prosty sposób, który od teraz zastosujemy – dodał poufnie.

Obfite popiersie pani Krystyny wyraźnie zafalowało, a pan Ferdek kuł żelazo, póki gorące.

- Ropuszko, jeśli zdarzy sie, że nie będziemy mieli w rozdaniu uzgodnionego atutu, wybieraj mój kolor, a ja tym mądralom  pokażę taką rozgrywkę, że im oczy spuchną – zakończył jednoznacznie.

Oczywiście pani Krystynie, ślepo wierzącej panu Ferdkowi, nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, jak na złość jednak kartę ofensywną otrzymywali przeciwnicy, aż wreszcie po kilku rundach, w ręce naszej pary trafiło rozdanie oznaczone numerem 23.

                                                                                          Krysia







Partner Mistrza
 K W 2
 A D W 9 8 7
 ---
 A K D 9






         Mistrz
 D 6
 K 4
 6 4 2
 W 8 7 4 3 2
 A 9 4 3 
 10 6 2
 K 10 9 7 5 3
 ---
 
 10 8 7 5
 5 3
 A D W 8
 10 6 5
 

                                                                                                           Ferdynand

Licytację otwierał pan Ferdynand kładąc na stole zielony kartonik z napisem pas. To samo uczynił przeciwnik z lewej, a pani Krystyna zgodnie z naukami płynącymi z Peruwiańskiego Trefla zalicytowała ZACZEPNE jedno trefl. Po prawej ręce pana Ferdka zasiadał znany mistrz ligowy, który widząc, że trafiła mu się para jeleni, postanowił zamieszać w licytacji zgłaszając blokujące 2. Pan Ferdek sięgnął po czerwoną kartkę z tłustą kontrą, a pani Krystyna, po pasie przeciwnika, zgłosiła posiadane kiery. Po pasie mistrza ligowego pan Ferdek objawił nader śmiało 2, (jak później wyjaśniał, nie jest sztuką zalicytowanie 2BA, mając w karcie tak ładną czwórkę pik). 

Dalej poszło gładko. Pani Krystyna uznała, zgodnie z udzieloną radą,  że czas zapomnieć o swoich kierach i przeniosła licytację na partnera poprzez uzgodnienie pików właśnie. W Peruwiańskim Treflu szlemik jest już właściwie przesądzony, pani Krystyna myślała nawet o wielkim szlemie, na drodze do tego kontraktu stanął jednak mistrz ligowy, który już po szlemiku w pikach  znalazł z szybkością światła czerwony kartonik z literką „D”, a następnie, dumny niczym paw, rozejrzał się wokół, zbierając milczące pochwały całego wianuszka kibiców.

No i zaczęło się..

Partner mistrza ligowego wymaszerował w karo, pan Ferdek wyrzucił ze stołu kiera, a mistrz postawił dziesiątkę karo, nadbitą przez pana Ferdka waletem.

Teraz mogło się zdawać, że pan Ferdek stanął przed zadaniem co robić dalej, taki problem może jedynie dotykać mało czujnych brydżystów, a  nie akurat pana Ferdka, który – mówiąc wprost - zapuścił żurawia w  karty mistrza, w chwili kiedy ten wymieniał uśmiechy z kibicami. Bystro oko pana Ferdynanda dostrzegło czwartego asa pik i  resztę kart w kolorach czerwonych, co dało początek niesamowitej rozgrywce.

Po zdobyciu lewy na waleta karo pan Ferdek zagrał z ręki blotką pik i postawił ze stołu waleta, którego Mistrz chytrze przepuścił, licząc na próbę przejścia do ręki rozgrywającego za pomocą trefli.

Nie takie numery z panem Ferdkiem jednak. Ten zagrał króla pik (!), rozczarowany Mistrz łupnął go asem, a partner mistrza dorzucił, nolens volens, damę. Odwrócone przez mistrza ligowego karo pan Ferdek aresztował asem, wykonał następnie udany impas kier, po czym zagrał ze stołu blotką pik, impasując dziewiątkę(!) mistrza, a następnie odebrał mistrzowi ligowemu ostatniego pika. Teraz kier z ręki, kolejny impas i reszta lew stała sie faktem!

Bujne popiersie pani Krystyny powtórnie i jeszcze bardziej znacząco zafalowało, mistrz z partnerem skoczyli sobie do gardeł, (bo przecież grę obkładał definitywnie wist w trefla), a pan Ferdek starannie zapisał cały rozkład, bo warto pokazać całemu światu, jak zdobywa się maksy w tak ważnym turnieju.

Z informacji, które posiadam wynika, że zachwycona grą partnera pani Krystyna zaprosiła pana Ferdka na śniadanie poprzedzone kolacją przy zapalonych świecach, mnie pozostaje przypomnienie w tym miejscu słów znanego Arcymistrza, pytanego kiedyś przez młodego adepta sztuki brydżowej, o początki jego kariery przy brydżowym stoliku

Zabiegany Arcymistrz nie miał czasu na zbyt długi wykład, ale udzielił pouczającej odpowiedzi, że przygodę z brydżem należy zacząć od ... trzymania kart przy orderach, by nie „zbłądziło” tam oko przeciwnika.

Można mniemać, że żartobliwa porada Arcymistrza niosła za sobą pewną dozę zabawnej ironii, przypominam jednak w tym miejscu nieuważnym brydżystom, że pan Ferdek nadal intensywnie hasa po turniejach, a jego sokole oko nic nie straciło ze swej brydżowej przydatności...

P.S. Imiona bohaterów tego rozdania zostały zmienione, autentyczne są natomiast turniej, numer pudełka jak i rozkład rozdania, co łatwo sprawdzić w internecie. Z reporterskiego obowiązku dodaję także, że równie autentyczne są, pyskate niczym sieczkarnia, dewotki, czym chyba nikogo nie zaskoczyłem...


wykonanie: Strony internetowe gdańsk - Netidea.pl