<< Strona główna
Księgarnia brydżowa Księgarnia brydżowa Księgarnia brydżowa Poznajmy się BBO
Szukaj

Autor: Karol Mykietyn

Przegląd Brydżowy 1/1991

Karol Mykietyn                                                                            

Życie jest grą
Rozmowa z Cezarym Balickim


Cezary Balicki to jeden z największych talentów w historii polskiego brydża. W ciągu kilku lat wdarł się przebojem do najściślejszej polskiej czołówki. Jest jednym z najlepszych obecnie polskich graczy, a w parze z Adamem Żmudzińskim pretendują do miana naszej pary nr 1. Ma to swoje określone międzynarodowe odniesienie, jeśli zważyć na pozycję polskiego brydża w Europie i świecie.
Wyrósł w środowisku wrocławskim, w kręgu AZS Politechnika, więc miałem okazję śledzić jego rozwój od początku. Wielki talent łączy się u niego z cechami charakteru niezbędnymi dla wielkiego gracza: jest typem wojownika o „instynkcie zabójcy" z wysoką zdolnością do koncentracji i zachowania przytomności umysłu w napiętych sytuacjach, zawsze czujny i na wysokich obrotach. Dla partnerów, kolegów z drużyny, ale także przeciwników - w ocenach dotyczących gry otwarty, wręcz bezkompromisowy aż do granic arogancji, ale jednocześnie wyzbyty obłudy, wyniosłości czy fałszywej dyplomacji.
Prosząc go o wywiad sam byłem ciekaw - mimo, że go nieźle znam - co powie, na ile się odsłoni, a gdzie, wbrew swej naturze, zrobi unik. Mam nadzieję, że zainteresuje to i naszych czytelników.

K.M.: Twoja filozofia gry?

C.B.: Całe życie jest grą, a gra jest moim całym życiem. Gra się, aby wygrać, to chęć wygrania jest motorem naszych poczynań. To siedzi chyba w każdym, a inne motywacje (dla przyjemności, dla odprężenia itp.) nie bardzo mnie przekonują. Dla odprężenia, to się idzie na spacer... Ja nie ukrywam, że pasjonujące są dla mnie emocje wygrywania. Gdybym nie miał szansy wygrania, to bym nie grał.

K.M.: Pytanie konwencjonalne - jak zaczynałeś?

C.B.: Zacząłem, w wieku 15 lat, od szachów, by po dwóch latach sięgnąć po tytuł wicemistrza Polski juniorów. W brydża zacząłem grać w 1979 r. i przez kilka lat łączyłem szachy z brydżem, ale ostatecznie wybrałem brydża.

K.M.: Dlaczego?

C.B.: Zadecydowała kalkulacja szans, no i - trochę - swego rodzaju lenistwo. Polskie szachy, to dalekie peryferie szachów światowych. Byłem w elicie polskich juniorów, ale do prawdziwych szczytów jakże stamtąd daleko. Polski brydż stoi na międzynarodowej arenie nieporównanie wyżej, więc dawał zdecydowanie atrakcyjniejsze perspektywy. Aspekt drugi, to kwestia pracy. Szachy wymagają codziennych, wielogodzinnych żmudnych analiz, co nie bardzo godzi się z moim temperamentem. Natomiast w brydżu - sama przyjemność - bo praca w brydżu polega na grze! Ba, nawet grając w kierki, a gram w nie sporo, mam przyjemną świadomość, że nie marnuję czasu, lecz doskonalę pamięć i spostrzegawczość.

K.M.: Powróćmy do filozofii gry uściślając ją do brydża.

C.B.: Zacząłem od brydża „naukowego", opartego na wierze w teorię i matematykę oraz istnienie jedynych, optymalnych dla danego rozdania rozwiązań. Szybko jednak dostrzegłem, że taki brydż, nie uwzględniający aspektów psychologicznych i szeroko pojmowanego czynnika ludzkiego, jest ułomny. Szybko też zmieniłem styl gry. Staram się grać maksymalnie agresywnie, nie odpuszczam okazji do zawalczenia, zamieszania... Gram na zasadzie: wygrać każde rozdanie. Lubię zajechać, często blefuję. Przekonałem się, że taki styl gry jest - wbrew pozorom - równie skuteczny w wielkim brydżu, jak i na słabą opozycję. Bardzo dobrzy gracze postawieni wobec dramatycznej palcówki czy czysto losowej decyzji mają w praktyce takie same, lub prawie takie same szansę, jak gracze przeciętni.

K.M.: Czy na ten styl ma wpływ fakt, że grasz „silnym pasem"?

C.B.: Na to, że gram takim stylem - nie. Jest wielu ..agresorów" licytujących naturalnie. Natomiast na to, jak gram tym stylem - zdecydowanie tak! „Silny pas" znacznie ułatwia agresywność i uaktywnia gracza. Grając tym systemem częściej jesteś w akcji - częściej sam grasz i częściej analizujesz informacje napływające od partnera. Dzięki temu zyskujesz lepszą ocenę statystycznego rozkładu kart, a w konsekwencji lepszą ocenę karty. „Silny pas" zapewnia większy dopływ informacji generalnie, więc daje grającemu nim agresywnemu graczowi przewagę nad graczem licytującym naturalnie.

K.M.: Skoro już zahaczyliśmy o „silny pas" powiedz, co o nim sądzisz, co myślisz o systemach licytacyjnych?

C.B.: Wychowałem się na systemach naturalnych, „silny pas" przyszedł później. Umiejętność licytacji naturalnej uważam za niezbędny element techniki gry. W ramach licytacji naturalnej obserwuje się ogólnie znaczny postęp, ale nie ma jakiegoś jednego najlepszego systemu. Epoka genialnych systemów (n.p. włoskich) minęła. Natomiast jest jeden zdecydowanie najlepszy na świecie system: to „silny pas"! Daje on znaczną przewagę z uwagi na zwiększony napływ informacji, a wytykane mu przez teoretyków wady uważam - w oparciu o moje bogate przecież doświadczenia - w praktyce za nieistotne. Warunkiem jest, aby stosująca go para dobrze licytowała naturalnie, gdyż w większości rozdań, zwłaszcza w licytacji dwustronnej, licytacja wkracza na tory naturalne, ale my mamy przewagę informacji z otwarcia. Przy tym przeciwnicy często - zwłaszcza w turniejach na słabszą opozycję - nie potrafią tych informacji zdyskontować, a my potrafimy. Istotne znaczenie ma też fakt, że „silny pas" sprowadza licytację z utartych torów i produkuje seryjnie sytuacje nietypowe, co „kusi" przeciwnika do błędu.
Z uwagi na często wprowadzane zakazy sporo imprez gramy z Adamem licytując naturalnie i dajemy sobie radę, ale gra „silnym pasem" daje nam dodatkowy atut, z czego nie tylko my zdajemy sobie sprawę...

K.M.: Uprzedzasz moje kolejne pytanie - co sądzisz o tych zakazach?

C.B.: Jestem im zdecydowanie przeciwny, bo zaprzeczają istocie brydża. Licytacja jest przecież z natury konwencjonalna, a rywalizacja polega m.in. na konkursie konwencji. Eliminacji winna dokonać praktyka wypierając złe, a nie trudne. Zauważ przy tym, że dobra konwencja to taka, która ułatwia nam grę, ale i utrudnia grę przeciwnikom. Z tego punktu widzenia zakaz „silnego pasa" dlatego, że stwarza problemy przeciwnikom, jest bez sensu. Równie dobrze można zakazać bloków.
Mogę jeszcze zrozumieć ten zakaz w otwartych, popularnych turniejach, gdzie gra wielu amatorów, a poziom gry jest znacznie zróżnicowany. Natomiast w brydżu profesjonalnym zakaz ten to zwykła dyskryminacja wynikająca po prostu z konkurencji. Tym brzydsza, że wprowadzana w życie z pozycji siły, i to nie chodzi o siłę gry! Ja myślę tak: jesteś zawodowcem, chcesz brydżem zarabiać pieniądze, to rusz głową. Jeśli „silny pas" jest złym systemem, to opracuj obronę i ogrywaj bezpasowców do oporu. Jeśli to dobry system, to się go naucz i ewentualnie nim graj, albo wymyśl jeszcze lepszy system, ale nie kombinuj, jakby tu utrącić konkurentów administracyjnie, poza stołem. Wiesz, Amerykanie najwięcej na brydżu zarabiają i najzacieklej zwalczają „silnego pasa".

K.M.: Skoro już mowa o konkurencji, pomówmy o konkurencji krajowej. Najlepsi gracze? Najlepsze pary?

C.B.: Mamy z Adamem prostą teorię: najlepsi są ci, którzy osiągają najlepsze rezultaty. W oparciu o nią prowadzimy prywatny challenge, który odbiega od powszechnych środowiskowych ocen. Nim kierujemy się przy doborze partnerów do teamu, jeśli mamy na to wpływ.

K.M.: Nazwiska? Adresy?

C.B.: Nasze dossier jest tajne, więc żadnych nazwisk... Zresztą nie będzie rewelacją jeśli powiem, że ścisła czołówka w Polsce to obecnie około 10 ludzi. Specyfiką sytuacji jest fakt, że nie tworzą oni stałych par, co daje nam z Adamem znaczny handicap, jako że niewątpliwie stanowimy stałą i zgraną parę. Ta specyficzna sytuacja stwarza szansę dla młodych, ale trzeba tu uwzględnić fakt, że między czołówką a zapleczem jest jednak spory dystans, zwłaszcza w technice i ocenach statystycznych.

K.M.: Skoro uchylasz się od aktualnych ocen personalnych, to może odpowiesz na równie kłopotliwe pytanie - o najlepszych polskich graczy w ogóle?

C.B.: Dla mnie to pytanie nie jest kłopotliwe, a odpowiedź prosta. Najlepsi są ci, którzy osiągnęli najlepsze wyniki. To oczywiste i jedyne kryterium. Mam szacunek dla tych wszystkich, którzy w historii polskiego brydża sięgnęli po liczące zwycięstwa. O tym nigdy nie decyduje przypadek. To osiąga się w walce. Zwyciężyć w wielkiej imprezie to nie to samo, co być arcymistrzem na rogu.

K.M.: To stwierdzenie prowadzi w sposób naturalny do pytania o rolę odporności psychicznej i znaczenia czynnika stresu?

C.B.: Oba te czynniki mają dla brydża porównawczego, a więc z istoty zakładającego rywalizację o cechach sportowej walki, znaczenie rozstrzygające. Walka w warunkach stresu ujawnia najlepszych z najlepszych. Stres jest ich ostatecznym kwalifikatorem, od którego nie sposób uciec, gdyż w grze na wysokim szczeblu występuje on - z uwagi na stawkę - zawsze, eliminując nieodpornych psychicznie.

K.M.: A jak z tym jest u Ciebie i u Was w parze?

C.B.: Odpowiem bez fałszywej skromności, że jestem graczem odpornym psychicznie. Uważam, że z Adamem tworzymy parę odporną psychicznie, a stres jest wręcz naszym żywiołem. Tu znowu ukłon dla „silnego pasa". Grając tym systemem częściej niż inni kontrujemy lub jesteśmy kontrowani, częściej balansujemy nad skrajem przepaści, a to wyrabia odporność na stres.

K.M.: Nim jednak gracz zmierzy się ze stresem w wielkiej imprezie, musi wykazać się klasą, aby tam się w ogóle znaleźć. Co o tej klasie stanowi?

C.B.: Przede wszystkim talent. W drugiej kolejności technika. W trzeciej — zdyscyplinowanie. Ten trzeci czynnik może Cię zdziwi, ale uważam go za bardzo istotny. Kiedy szaleć, to szaleć, ale w jednostronnej licytacji, lub na wiście, trzeba trzymać się ustaleń, a także •v sposób zdyscyplinowany podporządkować się partnerowi, jeśli on w danym momencie prowadzi licytację czy wist. Wielu nie docenia tego budującego zaufanie w parze czynnika.

K.M.: Pomówmy o partnerach - idealnym, byłym i obecnym.

C.B.: Idealny partner, poza wszystkimi wymienionymi już zaletami, musi być farciarzem. Wiesz, ja nie wierzę w brydżowe przesądy. Te wszystkie pechowe talie, linie, miejsca, damy za waletem, prawa symetrii itd. itp. uważam za bzdury. Matematyki, teorii prawdopodobieństwa, reguł statystyki — nie przeskoczysz. Ale fart - to co innego. Osobowość, silna psychika, intuicja, będąca w istocie tkwiącym w podświadomości bagażem doświadczenia, ocena karty wynikła z talentu i doświadczenia - to wszystko, a może coś jeszcze powoduje, że są gracze fartowni i takich trzeba sobie dobierać na partnerów. Grywałem swego czasu z Markiem Witkiem. To był superfarciarz. Popatrz na takie rozdanie:

 
 A K D
 8 7 6
 A K 6 5
 W 5 4
 
 10 9 8 7 6 5
 A K 5
 10 4 3
 8
 W 4 3 2
 D 4 3 2
 7
 A 10 9 6         
 
 ---
 W 10 9
 D W 9 8 2
 K D 7 3 2
 

Po licytacji:

West North East South
   PAS  pas 
 2 BA*
 pas  6   pas...  
     * oba młodsze

naukowiec na E, chcąc chronić opozycję treflową, zaczął łączyć atu i Marek gładko wziął 12 lew. Na drugim stole pesymista na S rozgrywał 2, ale i to było za wysoko! Po wiście w singla trefl oddał trzy kiery, asa trefl i dwie przebitki....
Spośród byłych partnerów istotną rolę odegrał Jerzy Romanowski. Z nim odnosiłem pierwsze krajowe sukcesy, z nim po raz pierwszy awansowałem - w AZS Politechnika Wrocław - do l ligi. To był typ brydżowego naukowca, gracz superzdyscyplinowany, który miał mi za złe (źle moim zdaniem rozumiany) brak dyscypliny. Ja z kolei dostrzegałem w nim cechy „eksperta pechowego"... Rozstanie było naturalne, bez podtekstów i sensacji.
Adam Żmudziński, mój aktualny partner, to typ wojownika i farciarza. Adam od początku przejawiał wielki talent, a technikę - zwłaszcza licytacji - znacznie poprawił w toku wspólnej gry. Ostatnio stał się jakby mniej agresywny, co mi się nie podoba. Myślę, że szkodzi mu poczucie „sytości". Wolałem, gdy grał jak głodny wilk. Wiesz, jest paru ludzi, którzy lepiej od Adama licytują naturalnie, ale osiągają gorsze od niego wyniki i na tym polega jego przewaga nad nimi. Znasz moje kryteria, ja cenię rezultat, a nie piękno gry. Adam Żmudzński spełnia te kryteria. Kłócimy się czasem, ale wyniki nas godzą.

K.M.: Cezary! Pora na przykłady obrazujące Twoją grę. Bez rozdań wywiad z brydżystą jest nieważny!

C.B.: Rozumiem, proszę bardzo, oto kilka „pierwszych z brzegu":

Pierwsze - „bądź mężczyzną"

W finale ostatnich MPP siedziałem na S z kartą:

Ręka S:
 7 2
 D 3
 D 6 5 4 3 2
 A 4 2

i przeprowadziłem taką akcję:

West North East South
      pas  
  pas 
 1  ktr.  1 !  
   ktr.*
 pas  pas  1BA  
 2  
 pas  pas  2BA!!
ktr.  pas  pas  pas!!!
    * karna

Adam na swoje trzecioręczne, ale popartyjne otwarcie miał asa pik i asa z królem w karach, więc oddałem pierwsze pięć lew kierowych, po czym pokazałem karty. Rozdanie to dobrze ilustruje moją zasadę walki o wygranie każdego rozdania nawet za cenę sporego ryzyka. Tu podjąłem ryzyko mimo dużej stawki - walczyliśmy o zwycięstwo (skutecznie) w finale MPP.

Drugie — „wierz w swój fart"

 
 A 7 4 2
 A 10 9 4
 10 9 8 2
 K
 
 D 10 9 8 5 3 
 D 6 2
 6 3
 D W
 ---
 7 5 3
 A
 A 9 8 7 6 5 4 3 2
 
 K W 6
 K W 8
 K D W 7 5 4
 10
 

Grając w lokalnym turnieju z Krzysztofem Brudką systemem „z grubsza" otworzyłem z ręką E 2, co oznaczało „mało figur, dziwna ręka bez kierów" - zresztą blefowo, zamiast 2 - „dziwna ręka bez pików". S wszedł 3, a N zalicytował 3BA. Skontrowałem - na fart - i wszyscy spasowali. Po wiście As trefl - najmniejszy trefl zdumiony Brudką doszedł do ręki i posłusznie odwrócił w karo, po czym wzięliśmy pierwsze 10 lew. Przeciwnicy, nie zrobiwszy widocznego błędu, postawili 1700 - czy mogę narzekać na los!?

Trzecie - „analizuj i wyciągaj wnioski"

 5 3
 W
 A 9 8 6 4
 K D 8 4 2
 A D W 9 6
 K 6
 K 10 6
 10 9 7

West
North East South
 
 1  ktr.
 rektr.
3 ♥    4  pas 
 4  
 pas...      

Rozgrywałem ten dość ostry kontrakt w meczu, w tegorocznej Wazie Bałtyku i dostałem przychylny wist spod asa kier. Utrzymałem się królem i zagrałem trefla do mariasza. E zabił asem i odwrócił siódemką pik. Tu nadszedł czas na analizę: kontra E była podlimitowa, więc ma on zapewne obie starsze 4-ki. Aby myśleć o wygraniu, oba młodsze muszą się dzielić, a struktura pików wskazuje, że wist nastąpił z K-10-8-7. Po dojściu do tych wniosków reszta była prosta: impas 9 pik, przebitka kier, dama trefl i odwrót trefla. W doszedł waletem i skrócił mnie kierem. Odegrałem króla karo, asem karo do stołu, fortę trefl przebiłem waletem pik i odszedłem karem, po czym musiałem wziąć dwie ostatnie lewy na A-D pik. Wist w asa kier też nie kładł - trzeba by było wówczas zaimpasować dodatkowo waleta trefl.

Czwarte — „graj technicznie"

W meczu z Australią o III miejsce w mistrzostwach świata rozgrywałem jako W 4 następującym rozdaniu:

 ---
 A K D W 10 5
 10 7 5
 A K 9 6
 K D 9 8 5 3
 6
 A 8 4
 8 7 5


Otrzymałem wist dwójką karo, S podłożył waleta, a gdy przepuściłem, zagrał damę karo. Zabiłem, tracąc dojście do ewentualnej lewy pikowej. Wydawało się, że dziesiątą lewę przynieść może tylko równy podział trefli, ale dostrzegłem dodatkową szansę. Zagrałem króla pik, którego S zabił asem (musiał, bo wyrzucę przegrywające karo; jeśli asa pik miałby N, zostaje szansa podziału trefli), którego przebiłem i ściągnąłem atuty. Podzieliły się 5-1 z długością u N. Teraz zgrałem górne trefle, do których N dołożył W-x, po czym wpuściłem go karem i dostałem dziesiątą lewę na pozornie niepotrzebnie wyrobioną damę pik. Całe rozdanie:

 
 W 2
 9 8 7 4 3
 K 9 6 2
 W 2
 
 ---
 A K D W 10 5
 10 7 5
 A K 9 6
 K D 9 8 5 3
 6
 A 8 4
 8 7 5
 
 A 10 7 6 4 2
 2
 D W 3
 D 10 4 3
 

Zauważ, że E wypuścił kontrakt w drugiej lewie, grając rutynowo damą, a nie blotką karo! Pouczający błąd...

Piąte – „pamiętaj o kółkowych odruchach”

 K 9 8 3
 D 9 5
 A D 8 6
 8 3
 10 5
 A W 6
 K W 7 5
 A K 9 6

W turnieju na maksy z pozycji S rozgrywałem 3BA po wiście w damę pik. Zabiłem królem i odwróciłem do dziesiątki, a E dołożył piki w kolejności 7-6 niewątpliwie markując kiera. W wziął waletem i nieposłusznie wyszedł w dwójkę trefl. Pewnie ma 10-kę kier pomyślałem, bijąc podłożoną przez E damę królem (pokazując, że mam asa, żeby mi nie chodzili w trefle). Teraz K, W i blotka karo, do której W dołożył trefla. Jego skład jest jasny: 4-3-2-4, wpuszczam więc go pikiem, wyrzucając z ręki kiera (a nie trefla, bo nie chcę, aby mi zagrał w trefla). W zgodnie z moim życzeniem wpuścił mnie ostatnim pikiem do stołu, na co E zrzucił 10 trefl - chyba ponownie markował kiery?! Teraz już upragniona jedenasta lewa jest blisko. Gram ze stołu damę kier (na czwartego pika wyrzuciłem trefla) i rutynowany, z dużym stażem kółkowym E spełnia me oczekiwania - „figur na figur" - bijąc ją królem. Reszta prosta: as kier, walet kier i ostatnie karo wprowadza w przymus W, który nie może utrzymać 10-ki kier i drugiego waleta trefl.

Szóste – „nie poprzestawaj na małym”

W jednym z tegorocznych turniejów sopockich dostałem jako E taką kartę:

D 7     K W 9 5     K W 6     A K D 10

i po początkowej licytacji:

     W                 E

    1            1  

    2            3*                   

    3♦*

  *naturalne

było jasne, że partner ma miltonarz karowo-kierowy, a więc też nie trzyma pików. Licytując końcówkę będę miał pewnie 60% z rozdania, bo część par zalicytuje szlemika i odda dwie pikowe lewy. Jednak grając na maksy trzeba brać duże wyniki, zalicytowałem więc 3!, a po karowym cue-bidzie partnera i sprawdzeniu asów konsekwentnie zapowiedziałem szlemika, który bez wistu pik był odgórny.

Siódme – „nie kradnij”

 K 6 5
 10 5 2
 D 7 2
 D 7 5 2
 ---
 A K D 9 7 6
 A K 8 6 4
 A 10

To rozdanie pochodzi z turnieju teamów na „pattony". Po otwarciu przez E 2 Gawryś z pozycji S rozgrywał szansownego szlemika w kiery. Wist damą pik przebił i pociągnął dwa razy atu, lecz W za drugim razem nie dołożył. W tej sytuacji rozgrywający przerwał atutowanie i stestował kara, grając króla i damę, lecz tym razem E nie dopłacił, ale nie przebił, lecz wyrzucił pika! Kolejne karo ze stołu też nie zostało przebite. Dopiero, gdy rozgrywający przebił w stole czwarte karo E nadbił i odszedł asem pik, po czym obrona wzięła jeszcze lewę treflową. Tym doskonale broniącym się graczem E był Wojtek Olański.

K.M.: Miałeś opowiadać swoje rozdania...

C.B.: To jest moje rozdanie! Na drugim stole z kartą Gawrysia przyszło mi rozgrywać pozbawionego szans szlema kierowego. Po identycznym początku, gdy W nie dodał do drugiego kiera, zacząłem szukać szansy przegrania tylko bez jednej i zremisowania rozdania, jeśli na drugim stole przegrany zostanie szlemik. Oto całe rozdanie:

 
 K 6 5
 10 5 2
 D 7 2
 D 7 5 2
 
 D W 10 4
 4
 W 10 9 3
 W 9 6 3
 A 9 8 7 3 2
 W 8 3
 5
 K 8 4
 
 ---
 A K D 9 7 6
 A K 8 6 4
 A 10
 

l znalezione przeze mnie i zrealizowane przy stole rozwiązanie:
W czwartej lewie zgrałem asa karo, króla karo - E powstrzymał się od przebitki (!), a następnie blotkę karo do damy w stole. Krzysztof Martens nadal nie skorzystał z możliwości przebitki, mimo że była to lewa kładąca! Teraz cofnąłem się przebitką pik i zagrałem czwarte karo, do którego ze stołu dołożyłem króla pik, doprowadzając do podwójnego wpustu: czy utrzyma się w tej lewie W, czy przejmie ją E ostatnim atutem, musi nastąpić wyjście spod figury trefl lub w piki pod podwójny renons.

K.M.: Piękne rozdanie! Ale dlaczego nazwałeś je „nie kradnij"?

C.B.: Bo jakiś apologeta Wilkosza, przypisał mu to rozdanie w „Brydżu". Stało się to na pewno bez wiedzy Andrzeja Wilkosza, który ma wiele własnych znakomitych rozdań i na pewno nie sięgnąłby po cudze.

K.M.: Cieszę się, że tak elegancko i kurtuazyjnie odbierasz co Twoje, bo jestem od wielu lat fanem Wilkosza i on jest dla mnie capo di tutti cappi!

K.M.: Dziękuję za rozmowę.



wykonanie: Strony internetowe gdańsk - Netidea.pl